Z mojego pudełka. Pupy.

        Któregoś z czerwcowych poranków , dość zmęczony, niewyspany, a przede wszystkim zniechęcony (od świtu próbowałem bezskutecznie złowić coś na streamera) schodziłem niespiesznie w dół rzeki. Pogoda piękna, zapowiada się upał, ale o tej porze ( 9-10 rano) i w takich warunkach chyba nie bardzo jest już co robić nad wodą, trzeba wracać. Poniżej miejsca gdzie zawsze przechodziłem na lewy brzeg, był ładny, dość szybki prąd wpadający potem do spokojniejszej, głębszej rynny. I na tym właśnie prądziku i poniżej zobaczyłem, że coś się jednak dzieje. Kilka oczek, nad wodą lata trochę chruścików. Ot, takie średnie, beżowe. Trochę mi się nie chciało rozkładać spakowanego już do pokrowca kija, ale co tam… założyłem pływającą linkę, suchego chrusta na oko podobnego do tych , co latają. Zanim złożyłem cały zestaw, owadów jakby ubyło, oczka również się skończyły. Rzuciłem dla spokoju sumienia parę razy i postanowiłem ostatecznie zakończyć łowienie w tym dniu. Nie pierwszy i nie ostatni raz bez ryby…
     Niebawem odwiedziłem to miejsce ponownie, ale tym razem już przygotowany, z zestawem świeżych chruścików w pudełku. Wiem już , że ryby jakieś tu są, do tej pory omijałem to miejsce, gdyby nie ten poranny wylot na który trafiłem trochę przypadkiem, to pewnie omijałbym nadal. No cóż , zobaczymy… I nie zawiodłem się. Tuż przed zachodem słońca pojawiły się pierwsze owady. Ten sam chruścik, co poprzednio. Nieduży, beżowy. Miałem przygotowane imitacje w postaci jasnego Elk Caddis na haczyku #12. Przywiązałem jednego takiego do przyponu 0.14 i do roboty. Niestety, dość intensywnie żerujące ryby ignorowały moja muchę. Zmiana na mniejszą, większą, w innym kolorze nie przyniosła rezultatu. Póki jeszcze było dość jasno zmieniłem muchę na tę, od której zacząłem. I w końcu udało mi się złowić rybę. Niestety, był to nieduży pstrążek, który w dodatku zmasakrował mojego chrusta tak, że ten stracił prawie całe skrzydełka, dość delikatne, bo wykonane z sarniej sierści, oraz jeżynkę na tułowiu, w związku z czym przestał pływać. Został z niego dość grubawy tułowik i dosłownie parę włosków z sarniej sierści. Na zmianę muchy było już trochę za ciemno, poza tym chyba w ogóle pora kończyć, bo na słuch stwierdzam, że brań już prawie nie ma. Ale co tam, jeszcze z obowiązku rzucę parę razy. I rzuciłem. Tym zdewastowanym, wymemłanym chrustem, prowadząc go jak mokrą muchę. W pięciu rzutach miałem trzy przyzwoite ryby, w tym jedna, ta największa poszła razem z muchą. Wiadomo, urywają się zawsze te największe.
     W taki oto sposób, przez przypadek i zupełnie nieświadomie odkryłem metodę łowienia na pupę. (pupa łac. lalka, w kilku językach poczwarka, po czesku kukla 😉 ).
A przecież znamy wszyscy sytuacje, kiedy to owad wylatuje, ryba żeruje aż miło, ba, tylko patrzeć, a zacznie troki od woderów obgryzać, a ty człowieku stoisz nad woda, niby robisz wszystko jak trzeba, a coś jest jednak nie tak. Bardzo nie tak… Moim zdaniem największym błędem w takiej sytuacji jest uparte stosowanie suchego chruścika. Kilka sezonów po opisanej sytuacji zajęło mi dopracowanie metody łowienia w czasie wylotów chruścików na imitację nimfy, która podąża w kierunku powierzchni w celu ostatecznego przeobrażenia. Mam wrażenie, że ten moment wykorzystują większe, bardziej ostrożne ryby.
     Łowienie tą metodą wymaga pewnego dość specyficznego sposobu prowadzenia zestawu. Zaczynamy tak, jak mokrą muchą. Rzut skośnie w dół. Im szybsza woda, tym bardziej w poprzek nurtu. Potem robię mending, w szybszej wodzie drugi, i wybieram nadmiar linki. Odzyskaną pętlę linki trzymam w lewej dłoni, przełożoną pod palcem prawej, trzymającej rękojeść, tak jak robi się przy łowieniu łososi – o tej pętli za chwilę. Teraz pochylam wędzisko tak, żeby szczytowa przelotka prawie dotykała wody, a linka tworzyła z wędziskiem linię jak najbardziej zbliżoną do prostej. Takie poprowadzenie zestawu powoduje, że mucha najpierw porusza się dość szybko po łuku w poprzek nurtu, a potem zawisa nieruchomo pod powierzchnią. Zachowanie takie, pozornie nienaturalne, rybie kojarzy się ( przynajmniej mam taką nadzieję, jak już gdzieś nadmieniłem , nigdy nie byłem rybą) z zachowaniem larwy, która przebija się przez powierzchnię wody i próbuje przystąpić do ostatniego etapu przeobrażenia, by ostatecznie, po krótkim odpoczynku na powierzchni odfrunąć jako owad doskonały. Kiedy chwilę potrzymamy muchę w miejscu, a branie nie nastąpiło, to możemy podciągnąć zestaw o metr lub dwa i znów chwilę potrzymać w miejscu. Warto dodać takiej wiszącej pod powierzchnią pupie nieco pozorów życia poprzez lekkie drgania szczytówką. Zawsze starajmy się umiejscowić muchę w miejscu, gdzie zauważyliśmy wyjście ryby. Branie na tak prowadzona muchę bywa bardzo gwałtowne, zestaw jest wyprostowany, a ryba po uchwyceniu przynęty zawraca do dna. Nie należy wiec absolutnie zacinać wędziskiem. Ryba zatnie się sama, ba , bywa że samym szarpnięciem potrafi urwać zbyt cienki przypon. Dlatego nigdy nie używam przyponu cieńszego, niż 0.15, a „łososiowa” pętla o której było wyżej, stanowi dodatkowy bezpiecznik. Kiedy ryba wyciągnie te kilkadziesiąt centymetrów linki spod palca, wtedy wystarczy unieść wędzisko i rozpocząć hol. Oczywiście zdarza się, że łowiąc w dół wody opisaną metodą nagle dojrzymy interesujące wyjście z boku, niedaleko naszego stanowiska. Wtedy warto rzucić krótko w kierunku wychodzącej ryby tak, by umieścić muchę powyżej jej stanowiska i poprowadzić zestaw jak w klasycznej mokrej, obserwując uważnie linkę i przypon – branie nie będzie tak wyraźne i mocne jak w przypadku opisanym powyżej i każdy podejrzany ruch zestawu należy skwitować zacięciem „z kija”. Jest jeszcze trzecia metoda łowienia na pupę. W wodzie gładkiej i spokojnej, kiedy trudno jest podejść rybę na niedużą odległość godna polecenia jest metoda opisana przeze mnie w artykule „Kuba style” w WW 2.2010, tyle, że przy użyciu imitacji pup chruścika.
     Muchy używane do tej metody, czyli właśnie pupy, maja dość charakterystyczną sylwetkę. Wyróżnia je grubawy odwłok o wrzecionowatym kształcie, długie wąsy i odnóża położone wzdłuż tułowia. Ale z powodzeniem można też stosować odpowiednio dobrane pod względem ubarwienia i wielkości mokre muchy, na przykład bezskrzydłe o długiej, niezbyt gęstej jeżynce. Prezentuję kilka z moich ulubionych, wypróbowanych na wielu łowiskach.
     

Tekst ukazał się w Wiadomościach Wędkarskich IV.2010.