Z mojego pudełka. Puchowce, pijawy…

       Mają wspolną cechę. Materiał z którego są zbudowane powoduje, że w wodzie zachowują się w jedyny, niepowtarzalny sposób. Najczęściej stosowanym materiałem są tu pióra puchowe marabuta lub podobne, przeważnie indycze. Ale można też budować podobnie pracujące konstrukcje z piór puchowych mniejszych ptaków, miękkiej sierści (królik), czy też pęczków promieni piór ogonowych strusia. Pod wpływem prądu wody i ruchu nadanego przez odpowiednią pracę wędziska i linki tak zbudowane muchy wykonują wijące, pulsujące ruchy. Jeżeli jeszcze trochę dociążymy taką przynętę starając się skupić to obciążenie w przedniej części muszki (przez dodanie na przykład ciężkich oczek lub metalowej główki lub tzw coneheada), to będzie się ona poruszała po falistym torze. Właśnie jak pijawka. Albo minóg, czy unoszona wodą, wypłukana z brzegu przez niedawny przybór dżdżownica…Ale kto wie, może z pijawką te muchy kojarzą się tylko wędkarzowi, zaś rybie przypominają po prostu coś żywego, pokarm na tyle atrakcyjny, że warto za nim popłynąć nawet parę metrów. Tak czy inaczej przynęty tego typu można znaleźć w pudełkach muszkarzy na całym świecie. Brytyjczycy łowiący na jeziorach zabierają na łódkę pudła pełne różnokolorowych puchowców. Amerykanie dopracowali się najsłynniejszego chyba puchowca – Egg Sucking Leech – mającego w założeniu imitować pijawkę przyssaną do ziarna ikry złożonej przez łososia pacyficznego, podobno niezastąpionego podczas połowu steelheadów, wędrownych tęczaków. Potem z resztą okazało się, że ESL sprawdza się nie tylko na steelheady i nie tylko w Ameryce. Przynęta ta zawędrowała również do pudełek polskich muszkarzy łowiących zimowo-wiosenne trocie w pomorskich rzekach, gdzie okazała się być równie skuteczna. Zresztą różnokolorowe puchowce w rozmiarach #4 do #2/0– od bardzo jaskrawych po stonowane, naturalne – są chętnie stosowane przy połowie troci. Łowi się na nie sprawdzoną metodą. Szybko tonąca linka, wolne prowadzenie przy dnie, po wyprostowaniu zestawu można przynętę przyciągać do siebie skokami, urozmaicając pracę muchy ruchami szczytówki.
     Skuteczność kolorowych, jaskrawych puchowców znana jest na pewno wszystkim muszkarzom odwiedzającym łowiska dorybiane hodowlanym tęczakiem. Wszelkie puchowce wykonane z materiałów w kolorach pomarańczowym, białym, różowym, czerwonym ( oraz ich kombinacjach), zaopatrzone dodatkowo w błyszczące dodatki, są na takich łowiskach zabójczo skuteczne. Wykonuje się je na hakach zdecydowanie mniejszych niż na trocie, przeważnie #10 – #6. Łowi się na nie zależnie od warunków na łowisku wszystkimi możliwymi „mokrymi” technikami. Jeżeli się da, to rzucamy w poprzek rzeki i prowadzimy zestaw jak klasyczną mokrą muchę. Można też rzucić w poprzek, czy na skos w dół rzeki i ściągać linkę dość energicznymi, sz bkimi pociągnięciami. W ciekach wąskich rzuca się w dół i przyciąga muchę pod prąd, starając się poprowadzić ją możliwie najbliżej wszystkich domniemanych stanowiskach ryby. Można na chwilę powstrzymać ściąganie, nadać muszce trochę życia przez poszarpywanie linką lub wykonywaniem drgających ruchów wędziskiem. Wszystko to dobrze sprawdza się przy łowieniu wpuszczonych, dorosłych tęczaków, czy też pstrągów źródlanych. Ale – jak się okazuje – nie tylko. W wodach dorybianych tzw. „handlówką” występują przecież przeważnie dzikie pstrągi potokowe i one wcale nie rzadko bywają przyłowem podczas polowania na ”tęczaka – wpuszczaka”. I okazuje się, że chętnie biorą puchowca w kolorach jaskrawych, nie mających nic wspólnego z ubarwieniem naturalnego pokarmu potokowców. Konia z rzędem temu, kto powie mi jaki naturalny pokarm imituje fluopomarańczowy puchowiec z jaskrawo czerwoną jeżynką. A na takie muchy łowiłem kiedyś sporo ładnych pstrągów potokowych na Sanie – dla jasności dodam, że w czasach, kiedy nikt tam jeszcze nie wpuszczał hodowlanych selektów. Oczywiście puchowce w odcieniach beżu, oliwki, brązu, szarości są na pstrąga potokowego bardzo skuteczne. Bardzo lubię puchowca czarnego, z sledynowym akcentem w okolicy… okołoogonowej powiedzmy. To taka uproszczona Viva, mucha świetnie znana wędkarzom łowiącym łosoiowate w wodach stojących.
     Łowiąc potokowce stosuję przeważnie dwie wypróbowane metody – jedna jak z użyciem streamera, i druga – klasyczna mokra. Ale czasami, w pewnych warunkach, trzeba pokombinować. Zdarzyło mi się kiedyś, że bezskutecznie usiłowałem coś złowić na dużego, klasycznego streamera w moim bankowym miejscu. Optymalne miejsce, czas i pogoda – wszystko się zgadza, poza tym, że nic nie bierze. Po dłuższym czasie udało mi się w końcu wyjąć pstrąga, czy może raczej pstrążka – gdzieś tak na oko w pobliżu wymiaru ochronnego. W czasie ostrożnego odpinania wypluł mi na dłoń pół garści jeszcze ruszających się pijawek. Wydłubałem z pudełka najmniejszego jakiego znalazłem puchowca w kolorze brązowym, trochę zbliżonym do brudno-szaro-burych pijawek, którymi napchany był mój pstrążek. I zaczynam teraz łowić trochę inaczej niż do tej pory. Skracam przypon, żeby mucha jak najszybciej znalazła się w pobliżu dna. Rzut dość wysoko skośnie pod prąd, następnie pozwalam szybkiej lince zatonąć ( łowię w głębokiej rynnie o dość dużym uciągu) i w chwili, kiedy oceniam, że mucha jest mniej więcej naprzeciw mnie, zaczynam ściągać linkę szybkimi, ale krótkimi pociągnięciami. Sprawdziło się, złowiłem dwa całkiem przyzwoite pstrągi, które akurat tego dnia nie uganiały się za strzeblami i głowaczami, ponad nie przedkładając pijawki.
     Druga sytuacja, kiedy to zastosowanie puchowca w dość nietypowy sposób przyniosło efekt, zdarzyła się na Sanie, na wysokości ujścia Hoczewki. Po dłuższych opadach dopływ niósł na tyle mętną wodę, że w Sanie poniżej ujścia nie bardzo dało się łowić, natomiast na samym ujściu wytworzyła się interesująca sytuacja. Mocno podniesiona i mętna woda z Hoczewki mieszała się z płynącą od góry czystą wodą Sanu. Na styku tej mętnej i czystej wody, podejrzewając, że tu ustawiły się ryby czekające na pokarm znoszony przez wezbrany dopływ, próbowałem złowić coś przyzwoitego stosując mokrą muchę. Niestety, jeżeli już coś wzięło, to był to mały pstrażek lub lipień. Postanowiłem więc spróbować metody za którą nie przepadam, ale bywa jedyną skuteczną w sytuacji, kiedy ryby w lekko ”kopniętej” wodzie żerują na tym, co z dna poderwał przybór. Na końcu przyponu przywiązałem jakąś ciężką nimfę, natomiast na skoczku małą, lekko dociążoną imitację pijawki. Tak dobrany zestaw prowadziłem na pograniczu mętnej i czystej wody. Ku mojej satysfakcji wkrótce przekonałem się o trafności tego pomysłu. Kilka złowionych ryb wzięło właśnie na pijaweczkę, która od tamtej pory na stałe weszła do mojego zestawu much.
   Mam jeszcze jedną ulubiną „pijawę” (Fot.1.). Ulubioną, bo złowiłem na nią mojego jedynego srebrniaka na muchę.

Tekst ukazał się w Wiadomościach Wędkarskich III.2010.