Sunray Shadow

              Zdarzyło mi się parę lat temu łowić łososie w Norwegii, na krótkim odcinku przyujściowym i praktycznie w samym ujściu rzeki do fiordu. Dwa razy na dobę, wraz z przypływem w rzece pojawiały się ryby. Zorientowani w pływowym „rozkładzie jazdy” miejscowi wędkarze zawczasu zajmowali dogodne miejsca, czekając na pojawienie się łososia.
           Jestem zdania, że żadna teoretyczna wiedza, ani doświadczenia z innych łowisk nie zastąpią informacji uzyskanej od miejscowego wędkarza. Prosiłem więc spotkanych nad wodą muszkarzy o radę jaką muchę zastosować na tym łowisku. Norwegowie nie robią z takich rzeczy tajemnic – chętnie otwierali swoje pudełka, polecając różne wzory jako te najskuteczniejsze. Szybko zauważyłem ciekawą rzecz. Poza rozmaitymi innymi muszkami prawie wszyscy indagowani jako tę najskuteczniejszą wskazywali muszkę, która – na tle mniej, lub bardziej kolorowych i efektownych wzorów zapełniających pudełka – wyróżniała się bardzo skromną, można nawet powiedzieć ubogą budową. Wykonana jako tubowa, na przeźroczystej plastikowej rurce, składała się praktycznie z długiego skrzydełka z miękkiej, czarnej sierści. Znałem oczywiście ten wzór, ale jakoś nigdy nie miałem do niego przekonania. Może z powodu tej ascetycznej budowy – lubię wprawdzie muszki proste i skromnie ubrane, ale mucha łososiowa zawsze jednak kojarzyła mi się z konstrukcją bardziej złożoną i rozbudowaną. A może po prostu w nią nie wierzyłem… A wiadomo, że jeśli w jakąś przynętę się nie wierzy, to po prostu się jej do przyponu nie przywiązuje.
          Skorzystałem z rad miejscowych, a dokładnie strażnika, który, kontrolując moja licencję pochwalił muchę, na którą w tym momencie łowiłem. Pozostałem więc przy tym wzorze i złowiłem na niego dwie niezbyt wielkie ryby. Wynik niezbyt imponujący jak na kilka dni łowienia. Może gdybym posłuchał rad innych wędkarzy i zastosował polecaną przez nich muszkę, to kto wie…
          Ta zachwalana przez miejscowych muszkarzy skromna „tubka”, to była słynna Sunray Shadow, mucha – legenda. Jedna z tych, bez których nie powinno się wyruszać na łososie i to niezależnie od rzeki, kraju, kontynentu… Wiem już teraz, że przy najbliższej okazji ( a ta będzie jeszcze w tym sezonie), nie przegapię możliwości, by ją wypróbować. O skuteczności Sunray Shadow w różnych warunkach naczytałem się mnóstwo w literaturze, wiele informacji na jej temat można znaleźć w internecie. I – co dla mnie najistotniejsze – bardzo ją chwalą wszyscy moi koledzy i znajomi mający duże doświadczenie w łowieniu łososi.
          Ciekawa jest historia powstania Sunray Shadow (swoją drogą urocza nazwa). Angielski wędkarz Raymond Brooks, w trakcie poszukiwań idealnego łowiska łososiowego w Norwegii, odkrył rzekę Laerdal, która spełniała jego oczekiwania. Spełniała je do tego stopnia, że wraz z żoną Margit dzierżawili łowisko od roku 1966 do połowy lat dziewięćdziesiątych. I nad Laerdal właśnie, we wczesnych latach sześćdziesiątych powstała muszka Sunray Shadow. Okazała się być na tyle skuteczna, że państwo Margit i Ray Brooks rozpoczęli jej produkcję i sprzedaż.
          Zobaczmy więc, jak powstaje Sunray Shadow w wersji oryginalnej, opracowanej przez Mr. Brooksa:
          Pierwowzór muchy wykonany był na plastikowej bezbarwnej rurce (Fot.1.). Pierwszą warstwę skrzydełek stanowił pęczek biało zakończonego włosia z ogona wiewiórki (Fot.2.). Podpierał on długie ( nawet do 10 cm.) pasmo miękkiej, czarnej małpiej sierści . Na koniec przychodziło zwieńczenie z kilku promieni ogonowego pióra pawia (Fot. 3.). Gotowa Sunray Shadow uzbrojona w haczyk , lub kotwiczkę ( Fot. 4., 5.)
           I to wszystko. Tylko tyle i aż tyle wystarczyło, by stworzyć jedną ze skuteczniejszych much łososiowych. Anegdota mówi, że materiał na skrzydełka pochodził z dywanu z małpiej sierści , który Ray Brooks odkrył w salonie swojego kolegi – wędkarza ze Szwajcarii. W tej chwili, ze względu na ochronę gatunkową sierść taka jest niedostępna, na szczęście równie dobrze sprawdza się długa, miękka sierść różnych kóz, wyselekcjonowanej sierść z lisiego ogona.Można również użyć sierści owczarka szkockiego. Istnieje wszak bardzo słynna i skuteczna mucha o bardzo zbliżonej do Sunray Shadow konstrukcji. Jest to muszka Collie Dog, powstała na wyspach brytyjskich już pod koniec XVIII w. Od Sunray Shadow różni się tym, że wykonana jest na rurce w kolorze srebrnym ( pierwotnie prawdopodobnie na gołym, srebrnym haku) i ma skromną, czerwoną jeżynkę. (Fot. 6.) Czy Ray Brooks , pracując nad swoją Sunray Shadow wzorował się na Collie Dog, czy też nie – nie wiadomo. W każdym razie obie muszki można stosować zamiennie, gdyż ich skuteczność wynika z jednego, wspólnego elementu – długiego, mobilnego skrzydła z sierści, które swoją niepowtarzalną, pulsującą pracą w bystrej wodzie nieodparcie wabi łososia. Podobno prowokuje nawet ryby drzemiące przy dnie, obojętne na inne muchy.
          Jak wiele innych, klasycznych wzorów zarówno Sunray Shadow, jak i Collie Dog ulegają wielu modyfikacjom, przez co czasami przestają przypominać oryginał. Ze swojej strony jak zwykle zachęcam do eksperymentowania, jednak z umiarem. Zwłaszcza w przypadku omawianych wzorów uważam, że nie należy wyważać otwartych drzwi – genialne w swojej prostocie konstrukcje wymyślone wiele lat temu cały czas się sprawdzają. A już na pewno nie należy pozbawiać ich tego elementu, który stanowi o ich sile – długiego, miękkiego skrzydełka z sierści. Można zastosować różne kolory sierści w pierwszej warstwie ( Fot. 7., 8.). Spróbujmy też wzbogacić skrzydełka o niewielką ilość błyszczącego dodatku, wykonać muszkę na rurce o trochę innym niż oryginalny odcieniu, np. z dodatkiem brokatu i wyposażyć ją w policzki Jungle Cock. Zastosowanie coneheada w różnych kolorach doda muszce nieco wagi. W celu wypróbowania muszki o zmroku wykonałem kilka na rurkach z tworzywa fluorescencyjnego, które po potraktowaniu latarką UV przez jakiś czas świecą po ciemku.( Fot. 10., 11.).
           Mam wrażenie, że Sunray Shadow to jedna z tych much, które przywiazuje się do przyponu kiedy warunki nie wskazują wyraźnie co wybrać z pudełka. Jadę niebawem, tym razem nie przegapię okazji by przetestować muszkę w boju. Jak wrócę, to opowiem…

Tekst ukazał się w Wiadomościach Wędkarskich XI.2013.