Belona.

          Buja. Bardzo przyjemnie buja, prawie jak w babcinym fotelu na biegunach. Wiaterek lekki, stan morza…jak to mawiają żeglarze? Minus 1 w porywach do 0, czy jakoś tak. Słoneczko, przede mną brzeg porośnięty pięknym lasem, pode mną woda kryształ, widać dno usłane kolorowym żwirem, szmaragdowo zielone wodorosty. Rzucam, linka piękną pętlą rozwija się w powietrzu, układa się na powierzchni. Lekko ściągam, ot, tyle żeby wyprostować zestaw. I powolutku zbieram „ w ósemkę”. Lekki prąd robi swoje, znosi mnie w kierunku moich much, więc dwa lekkie ruchy płetwami żeby zredukować powstały luz. I znowu powolne ściąganie. I kolejny rzut. Za którymś tam razem jest branie. Zacinam z wyczuciem. Naprężona linka sieje kropelkami wody w których pięknie rozszczepia się światło. I gdzieś tam, na końcu zestawu błysk żywego srebra nad falą, taniec na ogonie. Potem odjazd w bok, potem w drugą stronę i znowu wyskok.. Kątem oka widzę, że Wojtek łowiący z kółka niedaleko mnie też holuje. Hubert, który na wprost mnie łowi brodząc ledwie po kolana, też miał , ale krótko. Spadła. To nic, zaraz pewnie będzie miał następną. Moja jest już blisko, zmęczona leży nieruchomo, daje się podebrać do ręki. Mucha tkwi pewnie w nożyczkach. Dobra mucha, sprawdziła się, już kilka ryb na nią dzisiaj miałem. Zębaty pysk. Niesymetryczny – górna szczeka sporo krótsza. Niesamowity trochę ten pysk, jakiś taki z innej bajki, zawsze kojarzy mi się z jakimiś Karaibami czy innym tropikiem… Do tego wielkie oczy, opalizująca, srebrzyście seledynowa łuska. Smukłe, muskularne, wijące się ciało. Belona, nasz marlin dla ubogich… Łowimy belonę w Bałtyku.
        Ale od początku. Zaczęło się od tego, że grupka kolegów pod wodzą animatora całego przedsięwzięcia, Arka znanego w pewnych kręgach jako „Wyro”, wpadła na pomysł, by dwa razy w sezonie, wiosną i jesienią spotkać się na jakimś dobrym łowisku i przez parę dni wspólnie połowić, pobyć razem, pobiesiadować też, a jakże. I od paru sezonów udaje nam się – raz w szerszym, raz w węższym, ale już od jakiegoś czasu w miarę stałym składzie – wprowadzać nasz pomysł w życie. Wiosenne spotkania odbywały się na Rabie – najpierw tej specjalnej, u Józka Jeleńskiego, potem „U przyjaciół”, czyli na odcinku no kill poniżej Dobczyc. Jesienne zloty to już tradycyjnie OS San. I właśnie na jeden z jesiennych zlotów z daleka, bo aż z Trójmiasta przybyli dwaj nowi uczestnicy – Tomek i Jarek. Opowiedzieli o łowieniu belony na tyle ciekawie, że decyzja zapadła szybko. Następny zlot wiosenny będzie nad morzem, cel główny – belona.
        I pojechaliśmy. Trafiliśmy tak, że starzy wyjadacze określali to jako kumulację w totku. Bo do łowienia belony w morzu potrzeba dwóch istotnych czynników. Po pierwsze musi być ryba. Belona odwiedza przybrzeżne wody Bałtyku w okolicach przełomu maja i czerwca, może to być tydzień-dwa wcześniej lub później. Po prostu można nie trafić. Po drugie pogoda, a raczej stan morza. Przy silnym falowaniu po prostu nie da się wejść do wody. (Tak zdarzyło nam się rok później, totalna porażka). Ale tym razem się udało. Stan morza pozwalał na łowienie „na piechotę”, albo z kółka, jak kto wolał. Ryby było w bród i chętnie brała. Była więc idealna okazja żeby ci, którzy pierwszy raz, mogli przekonać się na czym to wszystko polega. Dzięki bezcennym radom miejscowych, doświadczonych chłopaków poszło szybko. Dobrze dobrany zestaw – w opisywanych warunkach kij w klasie 5/6, maksimum 7, przypon 0.20 i odpowiednie muchy – pozwalają złowić kilka do kilkunastu ryb dziennie. I to pomimo tego, że sporo belon spada w holu. W ten wąski, kościsty pysk haczyk wbija się słabo, a ryba walczy bardzo dzielnie i do końca. Warto więc belonowe muchy wykonać na naprawdę dobrych, ostrych morskich hakach. Skuteczne muchy są niezbyt wielkie, przeważnie w rozmiarze 10-6, w sposób mniej lub bardziej umowny imitujące niewielkie morskie organizmy – ot, takie proste, krewetkopodobne, mogą być też mokre muszki typu spider (bardzo skuteczny bywa klasyczny, lubiany przez Duńczyków Red Tag), czy też palmerki podobne na przykład do Soldier Pallmer, czy Black Zulu, oraz imitacje niewielkich rybek. Nam na opisywanej imprezie chyba najlepiej sprawdziły się właśnie takie niby-krewetki w kolorach od pomarańczowego, przez czerwonawy, bordowy, aż do ciemnych, brązowych. Trochę jakiegoś błyszczącego dodatku zdaje się podnosić atrakcyjność muchy. Jak kto lubi, to mogą być oczka, czułki i inne bajerki.
         Rzuca się najdalej jak się da, zawsze zresztą ma się wrażenie, że to za blisko i przydałoby się dalej. Ale warto bacznie obserwować wodę. Widać często spławy belon, czasami, dzięki polaroidom da się zauważyć przepływające niedaleko stadko ryb. Ostrożnie podana na trasie ich wędrówki mucha daje dużą szansę na branie. Małe muszki prowadzi się powoli, w zasadzie sprowadza się to do wybierania luzu linki, ale zawsze pod kontrolą, gdyż brania bywają czasami dość delikatne.
        I to chyba wszystko. Resztę przyniesie doświadczenie. Trzeba mieć jakiś kontakt nad morzem i w odpowiednim czasie czekać na telefon – są, biorą, da się wejść do wody. Wtedy warto jechać, bo następna okazja będzie dopiero za rok. Polecam serdecznie łowienie belony na muchę, bo jest to coś bardzo innego od tego, co zaoferować może ‘normalne’, rzeczne, pstrągowo lipieniowe muszkarstwo. I nie jest to żadna wymuszona ekstrawagancja, mucha to w porównaniu ze spiningiem równorzędna metoda, a czasami bywa, że dużo skuteczniejsza. W czasie, gdy my łowiliśmy rybę za rybą, spiningiści dość bezradnie przyglądali się naszym wyczynom, a odbywająca się w tych samych dniach impreza spiningowa na Zatoce Puckiej nie bardzo się udała ze względu na bardzo marne wyniki.
Na koniec kilka rad dla tych, którzy chcą łowić z kółka, a nie mają w tym wielkiego doświadczenia. Po pierwsze – nigdy samemu, zawsze w zasięgu głosu musi być ktoś drugi. Po drugie – najlepiej mieć kamizelkę ratunkową, zwłaszcza gdy pływamy na kółku jednokomorowym. Po trzecie – uważać trzeba zawsze, nawet przy włażeniu do kółka jeszcze na płytkiej wodzie przy brzegu. Łatwo zaplątać się z płetwami w uprzęży, a upadek na kamieniste dno może być bardzo niebezpieczny. No i nie wypływajcie za daleko, w przypadku belony nie ma to na prawdę wielkiego znaczenia.

Tekst ukazał się w Wiadomościach Wędkarskich V. 2010.