Ślajzur

       Ta mucha od razu zwróciła moja uwagę. Zobaczyłem ją na zdjęciu w angielskim dwumiesięczniku „Trout fisherman”, było to gdzieś na początku lat 90-tych. Ciekawy zestaw naturalnych materiałów, stonowane, naturalne kolory, oryginalna sylwetka… I wszystko to razem składało się na zgrabną imitację głowacza. Tę rybkę z resztą miała imitować wg tego, co w tekście napisał o niej autor. Oczywiście zachwalał ją jako bardzo skuteczną w sytuacjach, kiedy pstrągi chwilowo nie interesują się bezkręgowcami i do karty dań włączają rybki. Dla jasności – ponieważ pismo było angielskie, autor pisał o swojej przynęcie „lure”, czyli przynęta właśnie, a nie mucha. Tacy oni już dziwni są ci wyspiarze, komplikują sprawę tworząc jakieś dziwne podziały… Ale dosyć o tym. Mucha na tyle mi się spodobała, że – sprawdziwszy, czy mam potrzebne materiały- zaraz postanowiłem sobie zrobić parę sztuk i wypróbować przy najbliższej okazji na Rabie. A okazja miała się nadarzyć lada dzień, bo był to czas w okolicy kwitnienia czeremchy. Najlepszy czas na Rabie na łowienie pstrągów metodą streamera. Jeśli masz w pudełku kilka streamerów, na kołowrotku tonącą linkę i nie boisz się wstawać jeszcze po ciemku(trzeba być nad wodą bladym świtem) , to tego czasu na Rabie nie zmarnujesz. Łowi się tylko do 7-8 rano ( chyba, że jest pochmurno i deszczowo)i jeśli trafi się na żerowanie pstrąga, to wyniki murowane. I wtedy właśnie można liczyć na najładniejsze ryby. Jeżeli złowisz szybko pierwszą rybę i w czasie odpinania wypluje ci ona na dłoń świeżo pożartego śliza, to znak, że żerowanie trwa i trzeba się przyłożyć.
     Na najbliższy wyjazd na ryby zabrałem kilka starannie, według receptury z „Trout fisherman” ukręconych imitacji głowaczy. Wprawdzie ostatniego głowacza w Rabie widziałem ze 30 lat temu, ale co tam, muszka wygląda „zjadliwie”, pracować będzie na pewno ładnie, no i ryby podobno maja tę swoją pamięć genetyczną, czy jakoś tak… Nad wodą jesteśmy całkiem po ciemku. Dzielimy się – ja zostaję przy moście w Pcimiu, Antek z Józkiem jadą w górę. Umawiamy się „Pod topolami”, jak skończą, to po mnie zjadą. Pojechali.
     Siadłem na kamieniu nad wlewem, który rozpoczynał piękną, głęboką płańkę nad mostem, paląc papierosa czekałem, aż zrobi się na tyle widno, żeby dało się przywiązać muchę do przyponu. No, czas… Ponieważ niejednokrotnie widziałem w żołądkach pstrągów z Raby ślizy o długości 12-13 cm, więc z rozmiarem muchy się nie czaję, przywiązuję głowacza na haku #2, 4x long i do wody z nim. Będę łowił w samym wlewie do płani, więc trzeba będzie podać muchę w poprzek, pod drugi brzeg , gdzie woda najgłębsza, a stara rozmyta regulacja z głazów spiętych kiedyś siatką tworzy dobre kryjówki dla ryb. Rzut, mending, drugi i energicznymi pociągnięciami prowadzę muchę w poprzek prądu. Drugi rzut, trzeci… I za trzecim, a może czwartym rzutem twarde, ostre targnięcie. Siedzi, od razu czuję, że niezły. Ba, po chwili wiem, że całkiem niezły. Walczy pięknie w silnym prądzie, wyskakuje, w poziomych promieniach słońca błyska miedzią. Wyślizguję go na drobny żwirek, którym w miejscu gdzie stoję usłany jest brzeg. Piękny samiec, wybarwiony tak, jak tylko na Rabie potrafi wyglądać pstrąg. Moja mucha pewnie siedzi w nożyczkach. Więc jednak potwierdziły się moje wiązane z nią nadzieje. W zasadzie mam już swoje, ale coś trzeba robić, do umówionego miejsca kawał. Więc schodzę rzeką obławiając ciekawsze miejsca. Łowię jeszcze dwie ryby, obie przyzwoitych rozmiarów, ale do tej pierwszej im daleko. No i wszystko na tę samą muchę. Już wiedziałem, że na stałe znajdzie miejsce w moim pudełku. Ale wtedy nie podejrzewałem jeszcze, że w zasadzie wyprze stamtąd większość matuk, streamerów, puchowców i innych… I że będę na nią łowił nie tylko ja, nie tylko pstrągi i nie tylko w Rabie.
     Pojawiają się chłopcy. Pierwszy jest Józek, bez ryby… za chwilę Antek. No, taki mistrz, taki kat to na pewno coś ma. A jednak. Niewiarygodne , ale też jest na zero. Trochę zaskoczony pokazuję ryby.
– Na coś to złowił?
-Na muchę…
-No no, bez numerów, pokazuj na co… Na to?? Eee…
-A na to.
-Musisz mi takich zrobić.
– Zaraz tam muszę, ewentualnie mogę…
I tak dalej…

     No i pewnie, że zrobiłem. Antosiowi się nie odmawiało. Bo to on nauczył mnie , jak w maju łowić pstrągi o świcie na streamera. On nauczył mnie jeszcze tysiąca innych rzeczy. Z nim jeździłem potem jesienią na San, Dunajec, dolną Rabę. Ale najmilej wspominam te świty nad Rabą w Pcimiu i w Stróży. A kiedy pstrągi nie brały, to słuchaliśmy ptaków. Bo nigdzie tak pięknie ptaki nie śpiewają o świcie , jak w maju nad Rabą. I nikt tak bezbłędnie nie potrafił rozpoznawać ich po głosach, jak Antoś Tondera, jeden z moich mistrzów. On zresztą nadał funkcjonującą do dzisiaj nazwę muszce, którą tu wspominam. Spojrzał na nią i krótko – jak to miał w zwyczaju – stwierdził: „Ślajzur”.

“Ślajzur” – wersja podstawowa

1. Ślajzur, wersja podstawowa.

1. Ślajzur, wersja podstawowa.

Haczyk –streamer # 8-2, 2-6 x long
Tułów – dubbing z żółtej wełny
Ogonek/skrzydełko – pasek skórki norki z sierścią
Głowa – zimowa sierść sarny
Owijka – złoty drut
Płetewki – prążkowane pióra szyjne kuropatwy

Tak wyglądał oryginał. Potem uległ niewielkim modyfikacjom, zrezygnowałem z imitacji płetw, zamiast tego często stosowałem bródkę z jaskrawej sierści. Tułów można wykonywać z różnych materiałów – stosuję dubbingi, lamety złote, srebrne i perłowe. Na grzbiet nadają się wszystkie wyprawione skórki z miękką sierścią. Używam norki, łapki lisiej, królika, wiewiórki amerykańskiej farbowanej na różne kolory ( patrz – wariant tęczakowy ).

 

 

Na trocie wykonuję też muchę na haku łososiowym, z główką typu „woolhead”, do sporządzenia której zamiast sarny używa się specjalnie przygotowanego dubbingu.
Ale to już inna historia

Tekst ukazał się w Wiadomościach Wędkarskich XII.2009.